| wyd. Mag, 2007 r. |
Neil
Gaiman - człowiek o którym trudno nie usłyszeć, interesując się
choć trochę fantastyką. W przypadku tego pana trudno mówić o
klasyce, ponieważ nadal żyje i tworzy, a przyjęło się do
klasyków zaliczać starych wyjadaczy, zasłużonych w boju pisarskim
weteranów. Co z tego, zapytacie, a ja razem z wami. Niech żyje
długo i szczęśliwie i niech wena go nie opuszcza. Bo chcąc nie
chcąc, wytrwale pracuje na miano klasyka gatunku. A lista
przyznanych nagród mówi sama za siebie. (Zresztą zobaczcie sami,
odsyłam do strony autora link)
Przyznam,
że uważając się od dłuższego czasu za oddaną miłośniczkę
fantastyki, trafiłam na powieść Neila Gaimana zupełnie
przypadkowo. Ale było to jeszcze w czasach, gdy za jedyną polską
fantasy uważałam „Wiedźmina”, a z klasyków wymieniałam tylko
Tolkiena i Le Guin. Wstyd wspominać swoje zuchwalstwo, jednak każdy
kiedyś zaczynał, i po przeczytaniu kilku tomów, czuł się jak
znawca. To było cudowne uczucie, czyż nie?